Czy Gen Z ma już dość mesjaszy? Konrad, Paul Atryda i dziewczyna, która nie chce zbawiać świata

Konrad chce rządu dusz, Paul Atryda zostaje mesjaszem, a bohaterka Harpman nie chce zbawiać świata. Co te historie mówią o władzy, sprawczości i Gen Z?

Konrad z „Dziadów” chce rządu dusz. Paul Atryda staje się Muad’Dibem. Bezimienna bohaterka „Ja, która nie znałam mężczyzn” nie chce zbawiać nikogo. Trzy opowieści o sprawczości, pysze i świecie, którego nie da się kontrolować.

Czy można chcieć zmieniać świat, nie dochodząc do przekonania, że powinno się nim rządzić?

W sobotę 5 września 2026 roku w ramach Narodowego Czytania wracamy do „Dziadów” Adama Mickiewicza. Można oczywiście ponownie zapytać o mesjanizm, prometeizm i przemianę Gustawa w Konrada. Ale można też zrobić coś mniej szkolnego: postawić Konrada obok Paula Atrydy z „Diuny” Franka Herberta i bezimiennej bohaterki „Ja, która nie znałam mężczyzn” Jacqueline Harpman.

Na pierwszy rzut oka to zestawienie wygląda dziwnie. Romantyczny dramat, science fiction o pustynnej planecie i minimalistyczna, postapokaliptyczna powieść o kobiecie wychowanej w podziemnym więzieniu. A jednak wszystkie trzy teksty stawiają podobne pytanie: co robi człowiek, kiedy świat, który zastał, jest nie do przyjęcia?

Odpowiedzi są skrajnie różne. Konrad chce otrzymać władzę nad ludźmi, bo wierzy, że potrafiłby ich uszczęśliwić. Paul zostaje wciągnięty w rolę wybrańca i odkrywa, że mit mesjasza może uruchomić siły, których sam nie potrafi zatrzymać. Bohaterka Harpman nie ma proroctwa, wielkiej misji ani nawet imienia. Próbuje po prostu żyć i rozumieć tyle, ile da się zrozumieć.

I właśnie dlatego zamiast kolejny raz pytać, na czym polega mesjanizm w „Dziadach”, ciekawiej zapytać: dlaczego kultura tak bardzo lubi historię młodego mężczyzny, który odkrywa, że jest wyjątkowy – i co dzieje się, kiedy przestajemy wierzyć, że świat potrzebuje zbawcy?

Konrad: kocham miliony, więc dajcie mi władzę nad milionami

Wielka Improwizacja jest jedną z tych scen, które szkolny język potrafi trochę unieszkodliwić. Uczymy się: bunt przeciw Bogu, prometeizm, indywidualizm romantyczny, miłość do narodu. Wszystko się zgadza. Tyle że w centrum tej sceny znajduje się myśl dużo bardziej niepokojąca.

Konrad nie mówi tylko: cierpię razem z innymi. Nie mówi też wyłącznie: chcę ich ocalić. W pewnym momencie żąda czegoś znacznie większego: „Daj mi rząd dusz”. To fascynujący skok. Bohater wychodzi od przekonania, że czuje mocniej, rozumie więcej i kocha ludzi bardziej niż inni. Następnie dochodzi do wniosku, że właśnie dlatego powinien mieć nad nimi szczególną władzę.

Kiedy troska o innych zamienia się w przekonanie, że mamy prawo decydować za nich?
Gustaw Konrad z Dziadów Mickiewicza jako mesjasz

Konrad nie jest oczywiście zwykłym tyranem. Jego pycha wyrasta z cierpienia, bezsilności i autentycznego pragnienia zmiany. I właśnie przez to jest interesująca. Najbardziej niebezpieczna fantazja o władzy nie zawsze zaczyna się od zdania „chcę rządzić”. Czasem zaczyna się od: „ja naprawdę wiem, co byłoby dla was dobre”.

W tym sensie „Dziady” można czytać nie tylko jako romantyczną apoteozę jednostki, lecz także jako opowieść o napięciu pomiędzy odpowiedzialnością za innych a pychą człowieka, który uważa własną wizję za wystarczające uzasadnienie władzy.

Paul Atryda: a co, jeśli mesjasz naprawdę dostanie to, czego chce?

Zestawienie Konrada z Paulem Atrydą nie jest przypadkową zabawą. Na podobieństwa między „Dziadami cz. III” i „Diuną” zwraca uwagę m.in. Aneta Korycińska, znana jako Baba od polskiego. Wskazuje przemianę tożsamości, znaczące imiona, motyw pielgrzyma, prometeizm, mesjanizm, represje i walkę o władzę. To bardzo dobry punkt wyjścia, ale najciekawsze zaczyna się wtedy, gdy spojrzymy nie na podobieństwo, lecz na różnicę między Mickiewiczem i Herbertem.

Gustaw staje się Konradem. Paul Atryda przyjmuje fremenowskie imię Muad’Dib i coraz pełniej wchodzi w rolę Lisan al-Gaiba – oczekiwanego wybawiciela. W obu historiach nowa nazwa oznacza, że prywatny człowiek przestaje wystarczać. Rodzi się postać, która ma znaczenie dla całej wspólnoty.

Tyle że Herbert robi z figurą wybrańca coś wyjątkowo niewygodnego. Paul może wydawać się klasycznym bohaterem: traci dom, przeżywa, zdobywa nowych sojuszników, prowadzi uciskaną społeczność do zwycięstwa. Ale „Diuna” nie kończy się prostym triumfem dobrego mesjasza. Herbert wielokrotnie podkreślał, że jednym z podstawowych ostrzeżeń cyklu jest niebezpieczeństwo bezkrytycznego oddawania osądu charyzmatycznym przywódcom.

Paul widzi przyszłość i właśnie dlatego wie, że jego zwycięstwo może uruchomić fanatyzm i przemoc rozlewającą się daleko poza Arrakis. Mit wybrańca okazuje się silniejszy od człowieka, który go ucieleśnia.

Konrad pyta: „Dlaczego nie pozwalacie mi zbawić wszystkich?”. Herbert dopowiada: „A co będzie, jeśli pozwolimy?”

Mesjasz jako bardzo męski scenariusz

Teza, że młodzi mężczyźni mają biologiczną „skłonność do mesjanizmu”, byłaby zbyt łatwa i po prostu nieuprawniona. Ciekawszy jest wzorzec kulturowy, który przez stulecia proponowaliśmy chłopcom i młodym mężczyznom jako jedną z najbardziej atrakcyjnych opowieści o dorastaniu.

Bohater odkrywa, że nie jest zwyczajny. Ma dar, którego inni nie mają. Poznaje prawdę ukrytą przed większością. Dostaje misję. Zmienia imię albo otrzymuje nowe miano. Wkracza do historii. W pewnym momencie zaczyna działać nie tylko za siebie, ale w imieniu większej wspólnoty.

Konrad i Paul są bardzo różni, ale obaj poruszają się w tym schemacie. Podobnych bohaterów znajdziemy oczywiście znacznie więcej: od Neo po Luke’a Skywalkera i Harry’ego Pottera. Nie każdy wybraniec staje się pysznym przywódcą. Sam model jednak podsuwa niezwykle kuszącą myśl: prawdziwe dorosłe życie zaczyna się wtedy, kiedy odkryjesz, że masz wyjątkowe przeznaczenie.

Ta narracja ma także bardzo współczesne internetowe wersje. Nie muszą już mówić o proroctwie. Wystarczy obietnica, że należysz do nielicznych, którzy „przejrzeli system”, wiedzą, jak naprawdę działa świat, albo mają odwagę zrobić to, czego nie potrafi większość. Zmienia się język, ale atrakcyjność wybrania pozostaje podobna, a zwyczajność przestaje być wystarczająca.

A potem pojawia się dziewczyna, która nie jest wybrana

W „Ja, która nie znałam mężczyzn” Jacqueline Harpman ten mechanizm zostaje właściwie wywrócony na drugą stronę. Narratorka dorasta jako najmłodsza spośród czterdziestu kobiet więzionych w podziemnym bunkrze. Nie zna świata sprzed uwięzienia, nie zna mężczyzn poza strażnikami i nie zna odpowiedzi na podstawowe pytanie: dlaczego to wszystko się wydarzyło? Kiedy kobiety wydostają się na powierzchnię, nie otrzymują wyjaśnienia, mapy ani misji.

Bohaterka nie odkrywa, że jest wybrana. Nie pojawia się proroctwo. Nie ma wspólnoty czekającej na jej przywództwo. Nie ma nawet pewności, że gdziekolwiek istnieje ktoś, kogo można byłoby uratować. A jednak trudno nazwać ją bierną. Obserwuje. Uczy się. Liczy. Podejmuje decyzje. Próbuje rozumieć swoje ciało, czas i otoczenie. Przystosowuje się do kolejnych strat. Idzie dalej, nawet wtedy, kiedy świat odmawia jej wyjaśnienia.

Jej sprawczość nie potrzebuje wielkiej historii o własnej wyjątkowości. Można powiedzieć, że jest antymesjaszem: nie pyta „jaką wielką misję powierzono właśnie mnie?”, lecz „co mogę zrobić w sytuacji, którą zastałam?”.

Dwóch mężczyzn zmienia imię. Ona nie ma go wcale

Ten detal jest prawdopodobnie najbardziej sugestywny w całym zestawieniu. Gustaw musi umrzeć jako Gustaw, żeby narodził się Konrad. Paul przyjmuje imię Muad’Dib i wchodzi w tożsamość, która stopniowo staje się większa od niego samego. Nowe imię mówi: nie jestem już tylko prywatnym człowiekiem. Moje życie ma znaczenie historyczne.

Narratorka Harpman nie dostaje nawet tego. Pozostaje bezimienna. Nie dlatego, że jest pozbawiona osobowości. Przeciwnie: poznajemy świat niemal wyłącznie przez jej niezwykle wyrazisty, chłodny i dociekliwy umysł. Ale jej życie nie potrzebuje tytułu, proroctwa ani publiczności, żeby być warte przeżycia.

Konrad i Paul potrzebują nowego imienia, żeby wejść do historii. Harpman pyta, czy życie może mieć sens nawet wtedy, kiedy historia nie zapamięta naszego imienia.

To niezwykle współczesne pytanie w kulturze, która zachęca nas do budowania marki osobistej, wpływu, zasięgu, pozycji i „dziedzictwa”. Może największym przeciwieństwem mesjasza nie jest człowiek bezradny. Może jest nim człowiek, który potrafi działać bez przekonania, że musi stać się kimś wielkim.

Pycha kontra bierność? Nie tak szybko

Najłatwiej byłoby zbudować z tych trzech książek prostą opozycję. Konrad i Paul reprezentują niebezpieczną męską pychę; bohaterka Harpman – kobiecą zgodę na świat. Pierwsze jest złe, drugie dobre.

Tyle że wtedy zgubilibyśmy to, co w tych tekstach najciekawsze. Konrad ma rację przynajmniej w jednym: świat, w którym żyje, jest niesprawiedliwy. Ludzie cierpią, a jego bezsilność jest realna. Paul również staje wobec systemu przemocy i imperialnej eksploatacji. Samo pragnienie zmiany nie jest problemem. Problem pojawia się wtedy, kiedy pragnienie zmiany łączy się z przekonaniem: skoro mój cel jest słuszny, mój osąd musi być lepszy od osądu innych.

Z drugiej strony bohaterka Harpman wcale nie uczy rezygnacji. Ona bez przerwy działa – tyle że w granicach tego, co rzeczywiście może zrobić. Nie ma wpływu na strukturę wszechświata, ale może zdobywać wiedzę. Nie może przywrócić dawnego świata, ale może organizować życie. Nie może zagwarantować sobie sensownego zakończenia, ale może pozostać ciekawa tego, co jeszcze istnieje.

Najciekawsze pytanie brzmi: czy istnieje inny niż mesjanistyczny rodzaj sprawczości?

Co właściwie wybiera Gen Z?

Tu potrzebna jest ostrożność. Nie ma badania, z którego wynikałoby, że „Gen Z odrzuciło Konrada i wybrało Harpman”. Pokolenia nie czytają jednym głosem, a popularność książki na TikToku nie jest referendum filozoficznym. Ale dwa zjawiska są warte zestawienia.

Pierwsze: „Ja, która nie znałam mężczyzn”, powieść wydana po francusku w 1995 roku, po latach niemal zupełnego zapomnienia stała się międzynarodowym fenomenem napędzanym m.in. przez BookTok. Według danych przywoływanych przez „The Guardian” angielski wydawca sprzedał w 2024 roku około 45 tysięcy egzemplarzy – po latach, gdy książka potrafiła sprzedawać się w pojedynczych sztukach rocznie. Młodsi czytelnicy odnaleźli w niej pytania o autonomię, samotność, płeć i życie w świecie, który nie daje prostych odpowiedzi.

Drugie: dane o postawach młodych ludzi wobec pracy nie pokazują braku ambicji, ale raczej zmianę jej definicji. W globalnym badaniu Deloitte z 2026 roku tylko 25 procent przedstawicieli Gen Z deklarowało preferencję dla szybkiego awansu. Więcej osób wybierało stopniowy rozwój, a część była gotowa na ruchy boczne lub nawet krok wstecz, jeśli lepiej służyły długofalowemu rozwojowi. Zaledwie 6 procent badanych z Gen Z i millenialsów wskazało osiągnięcie pozycji przywódczej jako główny cel kariery – choć zainteresowanie objęciem takich ról kiedyś w przyszłości pozostaje wysokie.

To nie znaczy, że młodzi nie chcą wpływu. Raczej nie muszą utożsamiać go z jak najszybszym wejściem na szczyt hierarchii.

Może Gen Z nie odrzuca ambicji. Może coraz częściej odrzuca tylko przekonanie, że sens życia musi wyglądać jak podbój.

I tu popularność Harpman staje się interesująca. Jej bohaterka nie ma kariery, statusu, followersów, wspólnoty, którą mogłaby poprowadzić, ani nawet pewności, czy jej historia kiedykolwiek zostanie przeczytana. A mimo to książka trafia dziś do ogromnej liczby młodych odbiorców.

Może dlatego, że proponuje rodzaj bohaterstwa, który jest mniej spektakularny niż romantyczna wielkość: zdolność do życia bez gwarancji, że jesteśmy centrum większego planu.

Czy można zmieniać świat bez potrzeby zbawiania go?

Romantyzm pozostawił nam jedną z najbardziej uwodzicielskich fantazji kultury: jeśli świat jest zły, gdzieś musi istnieć ktoś wystarczająco wyjątkowy, żeby go naprawić. Bezimienna bohaterka Jacqueline Harpman proponuje coś znacznie mniej efektownego. Nie zbawia świata. Nie odkrywa jego tajemnicy. Nie zostaje przywódczynią ludzkości. Próbuje w nim żyć.

I być może właśnie dlatego zestawienie tych trzech historii jest ciekawsze od pytania, czy mesjanizm Konrada jest dziś „aktualny”. Konrad, Paul i bohaterka Harpman reprezentują trzy różne odpowiedzi na tę samą pokusę: co zrobić, kiedy rzeczywistość jest większa od nas i nie daje się łatwo naprawić? Być może to właśnie są pytania, z którymi warto w tym roku wrócić do „Dziadów”. 

Źródła i literatura

Adam Mickiewicz, „Dziady, część III”.

Frank Herbert, „Diuna” oraz dalsze tomy cyklu; o intencji ostrzegania przed kultem bohatera Herbert mówił m.in. w rozmowie opublikowanej w: Charles Platt, „Dream Makers: The Uncommon People Who Write Science Fiction”, 1980.

Jacqueline Harpman, „Ja, która nie znałam mężczyzn”.

Aneta Korycińska (Baba od polskiego), „Porównanie motywów występujących w «Diunie» Franka Herberta i «Dziadach cz. III» Adama Mickiewicza”.

Deloitte, „2026 Global Gen Z and Millennial Survey”.

The Guardian, „I Who Have Never Known Men: the lost dystopia finding new readers after buzz on TikTok”, 1 lutego 2025.

Narodowe Czytanie 2026 – oficjalna strona Prezydenta RP

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *