Mamy stories, storytelling i AI. Ale czy mamy jeszcze coś do opowiedzenia?
Nigdy wcześniej nie produkowaliśmy tylu historii. Opowiadają marki, politycy, influencerzy i my sami. Sztuczna inteligencja może w kilka sekund stworzyć kolejne tysiące. Byung-Chul Han pisze jednak o kryzysie narracji, Kenneth Goldsmith proponuje „niekreatywne pisanie”, a Albert Camus przypomina, że tworzenie powinno coś kosztować. Być może problemem naszych czasów nie jest brak opowieści, lecz to, że coraz trudniej odróżnić te, które pomagają rozumieć świat, od tych, które tylko dobrze się sprzedają.
Rano otwieramy telefon. Ktoś opowiada, jak zmienił swoje życie w pięciu krokach. Firma produkująca kosmetyki przedstawia historię swojej założycielki. Polityk proponuje narrację o tym, co wydarzyło się wczoraj. Na LinkedInie czytamy o porażce, która okazała się „najważniejszą lekcją w karierze”. Między nimi pojawiają się wiadomości, memy, reklamy i kilkudziesięciosekundowe filmy.
Do tego dochodzi sztuczna inteligencja. Wystarczy napisać: „Opowiedz to bardziej emocjonalnie” lub „Dodaj osobistą historię”. I historia jest gotowa. Można więc odnieść wrażenie, że żyjemy w złotej epoce opowieści. Niemiecko-koreański filozof Byung-Chul Han twierdzi jednak coś dokładnie odwrotnego.
Im więcej storytellingu, tym mniej opowieści?
W książce „Kryzys narracji” Han odróżnia narrację od tego, co współczesny marketing nazywa storytellingiem. Dla niego opowieść nie jest po prostu atrakcyjnym sposobem przekazania informacji. Łączy wydarzenia, nadaje im sens, pozwala budować pamięć i przekazywać doświadczenie. Może także tworzyć wspólnotę ludzi, którzy rozpoznają się w tej samej historii.
Tymczasem współczesny storytelling coraz częściej pełni zupełnie inną funkcję. Ma zwiększyć zaangażowanie, sprzedać produkt, zbudować markę albo zatrzymać nas przy ekranie. Han opisuje przemianę storytellingu w storyselling: opowieść staje się towarem, a wspólnota słuchaczy – wspólnotą konsumentów. To rozróżnienie jest szczególnie ciekawe właśnie dzisiaj. Bo historie spotykamy wszędzie. Telefon ma Stories. Firma potrzebuje brand story. Pracownik ma opowiedzieć swoją career story. Miasto tworzy swoją narrację. Polityk musi „narzucić narrację”.
Nawet własne życie zaczynamy przedstawiać jak dobrze skonstruowaną opowieść: był problem, nastąpił kryzys, wyciągnęliśmy lekcję, przeszliśmy przemianę. Tyle że nie każde życie układa się w trzy akty. Nie każda porażka czegoś nas uczy. Nie każde wydarzenie ma puentę.
Informacja mówi, co się wydarzyło. Narracja pyta, co to znaczy
Han widzi jeszcze jeden problem, tj. zalew informacji. Wyobraźmy sobie, że próbujemy zrozumieć jakiś konflikt. O 10.02 dostajemy wiadomość o wydarzeniu. Następnie o 10.07 – nagranie, o 10.13 – komentarz polityka, a sześć minut później – reakcję innego polityka. O 10.26 – mapę, po niej o 10.31 – wypowiedź eksperta, a o 10.35 – informację, że nagranie może być wyrwane z kontekstu. Możemy wiedzieć coraz więcej i jednocześnie rozumieć coraz mniej.
Informacja odpowiada przede wszystkim na pytanie, co wydarzyło się teraz? Narracja potrzebuje pytań trudniejszych. Co wydarzyło się wcześniej? Dlaczego? Jak jedno zdarzenie łączy się z drugim? Czyja perspektywa jest nieobecna? Co z tego wynika? Właśnie dlatego kryzys narracji można rozumieć nie jako brak historii, lecz jako trudność w składaniu fragmentów rzeczywistości w sensowną całość. To jeden z głównych motywów diagnozy Hana dotyczącej przejścia od narracji do informacji.
I w tym miejscu pojawia się autor, który na pierwszy rzut oka mówi coś zupełnie przeciwnego.
Kenneth Goldsmith: być może nie potrzebujemy już więcej słów
Niedawno pojawiło się polskie tłumaczenie książki „Niekreatywne pisanie. Zarządzanie językiem w epoce cyfrowej” Kennetha Goldsmitha. Sam tytuł brzmi niemal jak prowokacja. Przez stulecia pisarzy ceniono za zdolność tworzenia czegoś nowego. Oryginalny styl. Oryginalny głos. Oryginalną historię. Goldsmith zauważył jednak, że internet radykalnie zmienia sytuację autorów. Problemem przestaje być niedostatek tekstu. Problemem staje się jego nadmiar.
Jesteśmy otoczeni wiadomościami, dokumentami, zapisami rozmów, wynikami wyszukiwania, komentarzami, reklamami, bazami danych i tekstami produkowanymi każdego dnia na niewyobrażalną skalę. Goldsmith zaproponował więc, by częścią twórczości stały się czynności, których zwykle za twórcze nie uznajemy, jak np.: wybieranie, kopiowanie, przenoszenie, porządkowanie, zestawianie, rekonstruowanie. Goldsmith nie ograniczył się do teorii.
Przepisać „New York Timesa” i nazwać to książką
Jednym z jego najbardziej znanych projektów jest „Day”. Goldsmith wziął wydanie „The New York Timesa” z 1 września 2000 roku i przepisał jego tekst od początku do końca: artykuły, nagłówki, reklamy, notowania giełdowe i drobne ogłoszenia. Powstała ponad 800-stronicowa książka. Nie napisał właściwie żadnego z zawartych w niej zdań. A jednak stworzył nowe dzieło. Dlaczego? Bo zmienił kontekst. Gazeta jest przedmiotem chwilowym. Czytamy ją dzisiaj, jutro jest stara. Książka sugeruje coś trwałego. Przeniesienie tekstu z jednego medium do drugiego zmienia więc sposób, w jaki na niego patrzymy.
AI sprawia, że nowe zdanie staje się niemal darmowe
W 2011 roku chodziło przede wszystkim o internet. Dzisiaj trudno nie pomyśleć o sztucznej inteligencji. Goldsmith nie pisał Uncreative Writing jako książki o generatywnej AI. Czytana kilkanaście lat później brzmi jednak zaskakująco aktualnie.
Bo generowanie kolejnego tekstu przestało być problemem. Możemy stworzyć: sto propozycji tytułów, tysiąc opisów produktów, dziesięć wersji opowiadania, scenariusz filmu, historię marki, post napisany „bardziej osobiście”, a nawet tekst stylizowany na autora, którego sami nigdy nie czytaliśmy. To zmienia pytanie o kreatywność.
Kiedy produkcja słów staje się bardzo tania, wartości nabiera coś innego:
- wybór,
- kontekst,
- perspektywa,
- ocena,
- łączenie,
- decyzja, czego nie publikować.
Być może Goldsmith miał rację przynajmniej w jednym: w świecie nadmiaru języka twórca coraz częściej nie jest tylko osobą produkującą tekst. Staje się również kuratorem języka. Tyle że tu pojawia się problem. Jeżeli wszystko można wybrać, przetworzyć i ponownie zestawić, to według jakiego kryterium wybieramy? I właśnie w tym miejscu potrzebny jest Albert Camus.
Camus: nie wystarczy umieć coś powiedzieć
W grudniu 1957 roku, kilka dni po odebraniu Literackiej Nagrody Nobla, Albert Camus wygłosił na Uniwersytecie w Uppsali wykład znany dziś jako „Create Dangerously” – „Tworzyć niebezpiecznie”. Jego punkt wyjścia był oczywiście zupełnie inny niż dzisiejszy internet. Europa wciąż żyła doświadczeniem wojny i totalitaryzmów. Trwała zimna wojna. Camus zastanawiał się nad miejscem artysty w epoce politycznych konfliktów i przemocy. Stawiał jednak pytanie, które nie straciło aktualności.
Czy twórca może zachowywać się tak, jakby świat poza jego sztuką nie istniał?
Jego odpowiedź była zdecydowanie negatywna. Camus uważał, że współczesny mu artysta nie może po prostu stanąć poza własną epoką. Nawet milczenie może zostać odczytane jako wybór. Jednocześnie bronił sztuki przed sprowadzeniem jej do propagandy. Twórczość miała zachować wolność, ale wolność ta niosła ze sobą odpowiedzialność. Dlatego jego słynna formuła brzmi: „tworzyć dzisiaj oznacza tworzyć niebezpiecznie.”
Nie dlatego, że każdy pisarz musi szokować. „Niebezpieczeństwo” oznacza tutaj raczej stawkę. Publikując, wchodzimy w świat innych ludzi. Możemy coś ujawnić, coś przemilczeć, stanąć po czyjejś stronie lub nadać wydarzeniom określone znaczenie.
Han, Goldsmith i Camus zadają trzy różne pytania
Ich książki dzieli kilkadziesiąt lat i zupełnie różne doświadczenia. A jednak ustawione obok siebie zaczynają prowadzić interesującą rozmowę.
Byung-Chul Han pyta:
Czy nasze opowieści nadal tworzą znaczenie, pamięć i wspólnotę – czy stały się przede wszystkim produktem?
Kenneth Goldsmith pyta:
Czy w świecie przepełnionym językiem twórczość musi polegać na produkowaniu jeszcze większej liczby nowych zdań?
Albert Camus pyta:
Jaką odpowiedzialność bierze na siebie człowiek, który decyduje się coś powiedzieć?
A potem pojawia się AI i wszystkie trzy pytania stają się jeszcze trudniejsze.
Maszyna może stworzyć opowieść. Ale co jest dla niej stawką?
AI może wygenerować historię człowieka, który stracił dom. Może stworzyć pierwszoosobową opowieść uchodźcy. Napisać tekst o śmierci dziecka czy przygotować emocjonalny manifest polityczny. Może wytworzyć język smutku, gniewu, miłości czy rozpaczy, nie doświadczając żadnego z tych stanów.
Nie oznacza to automatycznie, że taki tekst jest bezwartościowy. AI może pomagać w redagowaniu, porządkowaniu informacji, szukaniu sposobu przedstawienia trudnego zagadnienia czy zestawianiu perspektyw.
Ale Camusowskie pytanie pozostaje niewygodne: kto odpowiada za historię? Model nie ryzykuje reputacji. Nie zmienia relacji z rodziną po publikacji. Nie żyje w społeczeństwie, o którym pisze. Nie ponosi politycznych ani osobistych konsekwencji własnych słów. Stawkę ponosi człowiek.
I być może dlatego pytanie „czy AI potrafi pisać?” jest dużo mniej interesujące, niż nam się wydaje. Oczywiście, że potrafi produkować tekst. Ciekawsze są pytania:
- Kto zdecydował, że ten tekst ma powstać?
- Z jakich informacji korzysta?
- Jaką perspektywę przedstawia?
- Co pomija?
- Dlaczego właśnie tak opowiada historię?
- I komu ta wersja rzeczywistości służy?
Nie każda narracja pomaga zrozumieć świat
To szczególnie ważne, ponieważ narracje mają ogromną siłę. Jeżeli dostaniemy pięć faktów, możemy nie wiedzieć, co z nimi zrobić. Jeżeli ktoś ułoży te same fakty w historię z bohaterem, winowajcą, przyczyną i zakończeniem, zaczynamy rozumieć sytuację. Albo przynajmniej wydaje nam się, że ją rozumiemy. To zasadnicza różnica.
Dobra narracja może odsłaniać zależności. Ale może też je wymyślać. Może uzupełniać brakujące elementy. Wybierać wygodny początek historii. Pomijać niewygodne wydarzenia. Zamieniać złożony proces w opowieść o jednym bohaterze i jednym winowajcy.
Być może właśnie to jest dziś czytaniem
Przez długi czas umiejętność czytania kojarzyliśmy przede wszystkim z odczytywaniem zapisanych słów. Dziś „tekstem”, który próbujemy zrozumieć, może być artykuł, film na TikToku, wykres, reklama, przemówienie polityka, mem, powieść, post na Instagramie albo odpowiedź wygenerowana przez AI.
Każdy z nich coś nam pokazuje. Ale każdy także coś wybiera, porządkuje i pomija.
Czytanie świata zaczyna się więc tam, gdzie przestajemy pytać wyłącznie o to, co jest napisane. Zaczyna się, gdy stawiamy kolejne pytania, o to, kto opowiada, dlaczego właśnie teraz, na jakiej podstawie, czego brakuje w te opowieści, czy możną ją opowiedzieć inaczej i co może się zmienić, jeśli to zrobimy.
Może nie mamy kryzysu opowieści. Mamy kryzys wyboru
Han, Goldsmith i Camus prowadzą ostatecznie do zaskakująco podobnego miejsca. Nie brakuje nam słów. Nie brakuje nam historii. Nie brakuje nam nawet narzędzi do ich tworzenia. Przeciwnie. Możemy produkować ich więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Deficyty są gdzie indziej, a są nimi: uwaga, kontekst, ocena, odpowiedzialność i zdolność odróżnienia informacji od interpretacji, a interpretacji od manipulacji.
Han przypomina, że historia może tworzyć wspólne znaczenie, ale może też zostać zamieniona w produkt. Goldsmith pokazuje, że w świecie nadmiaru tekstu twórczość może zaczynać się nie od napisania kolejnego zdania, lecz od świadomego wyboru i zestawienia tego, co już istnieje. Camus dodaje do tego coś najtrudniejszego – wybór nigdy nie odbywa się poza światem.
I właśnie tutaj zaczyna się czytanie świata.

wazny tekst zwlaszcza w kontekscie ostatnich wpadek z marka polska
Dziękuję. Tak, ważna jest odpowiedzialność człowieka.