Lalkomania 2026. Dwie Izabele, dwóch Wokulskich i jeden Prus. Dlaczego wszyscy wracają do „Lalki”?
Jedna „Lalka” już jest w teatrze. Druga 16 września trafi na Netflix, trzecia dwa tygodnie później do kin. Jednego Wokulskiego gra Tomasz Schuchardt, drugiego Marcin Dorociński. Izabelę Łęcką zobaczymy jako Sandrę Drzymalską i Kamilę Urzędowską, a Ignacy Rzecki przywróci na wielki ekran Marka Kondrata. Wydawcy przygotowują nowe, kolekcjonerskie edycje powieści, a w zwiastunie Netfliksa XIX-wiecznej Warszawie towarzyszy „Creep” Radiohead. Rok 2026 wygląda coraz bardziej jak rok narodowej lalkomanii. Tylko dlaczego akurat powieść, przez którą przez dziesięciolecia przedzierali się licealiści, nagle okazuje się tak atrakcyjna?
Jest takie polskie doświadczenie czytelnicze, które łączy całe pokolenia. Otwierasz „Lalkę”. Patrzysz, ile zostało stron. Wokulski znowu idzie do Łęckich. Rzecki znowu coś zapisuje. Przed tobą jeszcze kilkaset stron. Dla ogromnej części Polaków pierwsze spotkanie z Bolesławem Prusem odbywało się właśnie tak: nie z własnej potrzeby, lecz dlatego, że „Lalka” była lekturą.
A potem dzieje się rzecz zabawna. Mija dwadzieścia lat. Człowiek ma pracę, kredyt, szefa, ambicje, kilka nieudanych relacji, znajomych zarabiających dziesięć razy więcej albo dziesięć razy mniej, doświadczenie próby wejścia do środowiska, do którego nie do końca pasuje. I nagle Wokulski przestaje być tylko facetem, który przez kilkaset stron ugania się za Izabelą. Zaczyna być dziwnie znajomy.
Być może właśnie dlatego 2026 r. okazał się idealnym momentem na wielki powrót „Lalki”.
Najpierw teatr. Potem dwie „Lalki” w ciągu dwóch tygodni
Pierwsza odsłona tegorocznej lalkomanii pojawiła się już 20 marca w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Mikita Iłynczyk i dramaturg Goran Injac przeczytali powieść przez doświadczenie zaborów, podporządkowania imperium, klasy społecznej i migracyjnego spojrzenia na polskość. Wokulskiego zagrał Marcin Bosak, Izabelę Łęcką Marta Ojrzyńska. Sami twórcy mówili o powstającym w 2026 r. „tryptyku Lalek” — teatralnej oraz dwóch ekranowych interpretacjach tego samego tekstu.
Ale prawdziwe starcie zacznie się we wrześniu. 16 września 2026 r. Netflix pokaże sześcioodcinkową „Lalkę” Pawła Maślony. Stanisława Wokulskiego gra Tomasz Schuchardt, Izabelę Łęcką Sandra Drzymalska. Serial ma nie być ekranizacją typu „Prus scena po scenie”. Twórcy dobudowali śledztwo, rodzinne tajemnice i nowe konflikty, a Netflix zapowiada połączenie ironii, groteski, humoru, tajemnicy i melodramatu.
Dokładnie 14 dni później, 30 września, do kin wejdzie zupełnie inna „Lalka” Macieja Kawalskiego. Wokulski: Marcin Dorociński. Izabela: Kamila Urzędowska. Rzecki: Marek Kondrat, wracający do filmu po kilkunastoletniej przerwie.
Do tego obsada przypominająca katalog polskiego kina: Andrzej Seweryn, Krystyna Janda, Maja Komorowska, Agata Kulesza, Maja Ostaszewska, Jan Englert, Andrzej Chyra, Borys Szyc, Maciej Stuhr, Dawid Ogrodnik i kolejne nazwiska. Dystrybutor przedstawia produkcję jako widowiskową, epicką wersję powieści, ze szczególnie rozbudowaną scenografią i kostiumami.
Polska dostanie więc jesienią nie jednego, lecz dwóch Wokulskich i dwie Izabele w odstępie dwóch tygodni. A to oznacza, że prawdopodobnie nie będziemy rozmawiać tylko o Prusie. Będziemy się kłócić. Który Wokulski jest lepszy? Która Izabela „bardziej pasuje”? Czy Netflix za bardzo zmienił książkę? Czy film za bardzo jej nie zmienił? Czy Izabela jest ofiarą Wokulskiego, czy Wokulski ofiarą Izabeli?
I właśnie wtedy klasyka naprawdę zaczyna żyć.
„Creep” Radiohead i Wokulski? Właściwie pasuje zaskakująco dobrze
Pierwszy zwiastun serialu Netfliksa zrobił coś, czego raczej nie spodziewalibyśmy się po szkolnej ekranizacji Prusa. Zamiast muzyki przywołującej XIX-wieczną Warszawę usłyszeliśmy „Creep” Radiohead. Na pierwszy rzut oka: czysta prowokacja marketingowa.
Ale wystarczy chwilę pomyśleć o Wokulskim. Człowiek pochodzący z innego świata patrzy na elitę, do której desperacko chce należeć. Ma pieniądze, ale nie ma nazwiska. Może wejść do salonu, ale nie przestaje być człowiekiem z zewnątrz. Chce Izabeli, ale być może jeszcze bardziej chce tego, co Izabela reprezentuje. Akceptacji. Statusu. Potwierdzenia, że wreszcie znalazł się tam, gdzie powinien.
I nagle piosenka o kimś czującym, że nie pasuje, przestaje być aż tak dziwnym wyborem. Netflix zresztą właśnie tak ustawia swojego Wokulskiego: jako człowieka awansu, który chce szacunku i przynależności do elity, a potrzebę kontroli i bezpieczeństwa myli z miłością. To już nie brzmi jak charakterystyka bohatera do matury. Brzmi jak współczesny psychologiczny serial.
Może problemem „Lalki” nigdy nie była „Lalka”. Tylko sposób, w jaki o niej mówiliśmy
„Lalka” ma prawie wszystko, czego współczesne seriale potrzebują. Jest człowiek z pieniędzmi, który rozpaczliwie próbuje wejść do starej elity. Jest rodzina z nazwiskiem, ale bez pieniędzy. Jest obsesyjna relacja. Są nierówności społeczne. Jest wojna i majątek zrobiony na wojnie. Jest biznes. Upadek dawnych fortun. Są ludzie żyjący ponad stan. Jest pogarda klasowa. I antysemityzm. Do tego emancypacja kobiet. Nauka, która ma zmienić świat. I wreszcie jest konflikt romantycznych ideałów z kapitalizmem.
A przede wszystkim jest człowiek, który osiąga coś, co z zewnątrz wygląda jak sukces i wcale nie staje się przez to szczęśliwy. Gdyby tę historię napisać dzisiaj, mogłaby się rozgrywać nie w sklepie galanteryjnym, ale w świecie startupów, nowych fortun, starych nazwisk i ludzi obsesyjnie śledzących, kto znalazł się na jakim przyjęciu. A Wokulski wciąż miałby ten sam problem. Ma kapitał ekonomiczny, ale desperacko próbuje zdobyć kapitał społeczny.
I Prus pokazuje rzecz, która w 2026 r. brzmi niezwykle współcześnie: pieniądze potrafią otworzyć drzwi. Nie zawsze sprawią jednak, że ludzie po drugiej stronie uznają cię za swojego.
A co, jeśli Izabela wcale nie jest najgorszą kobietą polskiej literatury?
Tu zaczyna się chyba najciekawsza część lalkomanii. Przez dziesięciolecia uczniowie bardzo łatwo dostawali prostą narrację. Wokulski kocha, a Izabela jest próżna, zimna i niegodna jego uczucia. On robi dla niej wszystko, a ona tego nie docenia. Tyle że czytana z dzisiejszej perspektywy ta historia robi się mniej wygodna.
Wokulski właściwie wymyśla sobie Izabelę. Obserwuje ją. Idealizuje. Próbuje urządzić świat tak, żeby mogła zostać jego żoną. Wykupuje długi jej rodziny. Wchodzi w jej środowisko. Organizuje kolejne sytuacje przybliżające go do niej. A potem jest zdruzgotany, ponieważ rzeczywista kobieta nie odpowiada obrazowi, który stworzył.
Netflix bardzo wyraźnie przesuwa akcent właśnie tutaj. Jego Izabela ma być młodą kobietą z własnym planem na życie, której możliwości są zarazem ograniczane przez pieniądze i decyzje innych ludzi. Wokulski natomiast ma widzieć w niej bardziej obietnicę życia, którego pragnie niż realnego człowieka.
Podobne pytanie postawił Teatr Dramatyczny. Twórcy spektaklu wprost mówili, że próbują dać kobiecym postaciom przestrzeń, której w powieści Prusa jest mniej, oraz pytali, jak współczesna kobieta czułaby się „w kostiumie Izabeli Łęckiej”. I to może okazać się jednym z najciekawszych sporów jesieni. Nie: Dorociński czy Schuchardt? Tylko, czy w 2026 r. nadal czytamy Wokulskiego jako wielkiego romantycznego kochanka czy raczej stalkera?
Wokulski może być jednym z najbardziej współczesnych polskich bohaterów
Bo Wokulski ma jeszcze jeden niezwykle dzisiejszy problem. Ciągle próbuje zostać kimś innym. Najpierw chce wiedzy. Potem uczestniczy w powstaniu, następnie robi interesy. Zdobywa fortunę i wchodzi do salonów. Chce Izabeli. Myśli o nauce. Nieustannie znajduje następny poziom gry, który – jak mu się wydaje – wreszcie rozwiąże jego problemy.
Jeżeli ktoś chciałby dziś nakręcić serial o status anxiety, presji awansu, klasowym kompleksie i poczuciu, że sukces nigdy nie jest wystarczający, właściwie nie musi wymyślać bohatera. Prus zrobił to za niego.
Być może dlatego dwie ekranizacje mogą się od siebie radykalnie różnić
Film Macieja Kawalskiego i serial Pawła Maślony już w swoich oficjalnych opisach pokazują dwa sposoby myślenia o tej samej książce.
Kino Świat mocno eksponuje miłość, niespełnienie, aspiracje i wielki świat końca XIX wieku. Wokulski jest człowiekiem owładniętym uczuciem do Izabeli, a historia ma mieć skalę epickiego romansu.
Netflix mówi znacznie częściej o obsesji, statusie, przepaści klasowej, bogactwie, kontroli i wolności Izabeli. Dodaje kryminalne i rodzinne wątki, a twórcy otwarcie traktują tekst jako materiał do współczesnej reinterpretacji.
I to właściwie fantastyczna sytuacja. Bo widz będzie mógł dwa razy dostać ten sam szkielet historii i zobaczyć, co właściwie robimy z klasyką, kiedy opowiadamy ją na nowo? Które sceny uznajemy za najważniejsze? Komu oddajemy głos? Kogo usprawiedliwiamy, a komu nie ufamy? Co nazywamy miłością, a co obsesją?
Wydawcy też wyczuli moment
Lalkomania nie kończy się na ekranach. 9 września, tydzień przed premierą serialu Netfliksa, Wydawnictwo Agora wypuszcza nowe kolekcjonerskie wydanie „Lalki” z ozdobną oprawą, wysokiej jakości papierem i elementami charakterystycznymi dla współczesnych edycji projektowanych również jako atrakcyjne przedmioty do domowej biblioteki.
Jeszcze zanim rozpoczęły się premiery, rynek książki reagował na wiadomości o dwóch ekranizacjach. Już w czerwcu 2025 r. jedno z wydawnictw mówiło Onetowi o 40-procentowym wzroście sprzedaży własnego wydania „Lalki” względem maja, zastrzegając jednocześnie, że mogły na to wpłynąć zarówno informacje o ekranizacjach, jak i sezon nagród szkolnych.
A to, że nasz narodowy autor bestsellerów vel Jakub Jarno, planuje retelling Lalki w postaci „Marionetki” (premiera 16 września 2026 roku nakładem wydawnictwa W.A.B.), przyjmę za znak czasów, a nie chęć popłynięcia z falą.
To ciekawy mechanizm. Książka znajduje się w domenie klasyki. Praktycznie każdy ją zna. Tekst można znaleźć bezpłatnie. Jest lekturą. Istnieją dziesiątki wydań. A mimo to nowa ekranizacja może sprawić, że człowiek nagle myśli: może przeczytam ją jeszcze raz. Tylko tym razem nie dlatego, że pani od polskiego powiedziała, że trzeba.
Najciekawszą publicznością nowych „Lalek” mogą nie być maturzyści
Właśnie tutaj widzę największy potencjał całego zjawiska. Nowa „Lalka” może oczywiście pomóc młodym odkryć Prusa. Ale równie ciekawa będzie grupa trzydziesto-, czterdziesto- i pięćdziesięciolatków, którzy przeczytali powieść za wcześnie.
Bo „Lalka” jest jedną z tych książek, których sens bardzo zmienia się w zależności od tego, co już wiemy o życiu. Siedemnastolatek widzi: Wokulski kocha Izabelę. Czterdziestolatek może zobaczyć: człowiek osiąga sukces zawodowy, ale buduje poczucie własnej wartości na uznaniu ludzi, którzy nim gardzą. Uczeń czyta o arystokracji. Dorosły rozpoznaje sieci kontaktów, dziedziczony status, zamknięte środowiska, stare pieniądze i ludzi, którym nawet bankructwo nie odbiera przekonania, że nadal są lepsi od tych, którzy pieniądze zarobili.
Nagle książka zaczyna wyglądać trochę inaczej.
„Lalka” jest właściwie polską „Succession”. Tylko z Rzeckim
Oczywiście to porównanie jest półżartem. Ale pomyślmy: pieniądze, status, stara elita i nowi ludzie próbujący wejść do środka. Rodziny ukrywające problemy finansowe. Małżeństwo jako narzędzie społecznej strategii. Kapitał. Pożądanie. Walczące ze sobą interesy. Ludzie udający kogoś, kim nie są. Bardzo dużo rozmów o tym, kto właściwie należy do jakiej grupy.
To wszystko już jest u Prusa. Może więc „Lalka” nie stała się nagle współczesna. Może po prostu współczesność znowu stała się bardzo „Lalkowa”.
I być może właśnie dlatego mamy teraz trzy wersje tej samej historii. Kiedy w krótkim czasie powstają film, serial i spektakl na podstawie tego samego XIX-wiecznego tekstu, łatwo powiedzieć, że to brak nowych pomysłów i bezpieczna klasyka.
Ale można spojrzeć na to odwrotnie. Klasyka pozostaje żywa właśnie wtedy, kiedy ludzie nadal chcą się o nią spierać. Reżyser Mikita Iłynczyk mówił w marcu, że nie interesuje go pytanie, która z trzech „Lalek” będzie najlepsza. Ciekawsze jest to, że powstaną trzy różne odczytania. To podejście dobrze tłumaczy cały rok 2026.
Film może powiedzieć, że to wielka historia miłosna. Netflix, że to historia obsesji, klasy i pragnienia kontroli. Zaś teatr widzi w niej opowieść o imperium, przystosowaniu i polskości. A czytelnik może odpowiedzieć: dla mnie to jeszcze coś innego.
I nagle książka, o której wydawało się, że szkoła powiedziała już wszystko, znowu zaczyna generować pytania.
A może właśnie tak powinny działać lektury?
Nie jako teksty, których właściwe znaczenie zostało już ustalone. Tylko jako historie, do których kolejne pokolenia mogą wracać i mówić: chwila, ja widzę tu coś innego.
Jeżeli po premierze serialu jedni będą bronić Izabeli, drudzy Wokulskiego, trzeci oburzą się na zmiany Netfliksa, czwarci odkryją powieść po raz pierwszy, a piąci wyciągną z półki egzemplarz przeczytany ostatnio przed maturą – trudno wymarzyć sobie lepszy los dla książki napisanej prawie 140 lat temu.
Może więc najciekawszym pytaniem jesieni będzie
„Dlaczego książka, którą wydawało nam się, że wszyscy już znamy, nagle znowu ma nam tak dużo do powiedzenia?”
Bo być może największym sukcesem lalkomanii 2026 nie będzie ani liczba widzów Netfliksa, ani wynik kinowej superprodukcji. Będzie nim moment, kiedy ktoś po dwudziestu latach znajdzie na półce grubą książkę Prusa, otworzy ją z przekonaniem: „Przecież wiem, o czym to jest”, a po stu stronach odkryje, że wcale nie wiedział.

Jeden komentarz